[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Nas nie zatrzymali, więc spokojnie pojechaliśmy dalej.Na ulicy Marszałkowskiej wyskoczyłem z dorożki i wsiadłem w nocny tramwaj idący w stronę Mokotowa, a stamtąd już piechotą w dół - w swoją parafię.Wracając myślałem o przeżyciach ostatniego dnia.Najważniejsze prze­życie - to egzamin dojrzałości.Skończył się praktykant, od jutra jestem już czeladnikiem i dalsze moje życie będzie się układało w zależności od tego, jakim będę fachowcem.Lepszy fachowiec - to większa płaca i lepsze warunki życia.Myślałem też o Leszku, dla którego ten dzień był ostatnim dniem praktyki wakacyjnej w fabryce.Umówiliśmy się, że będziemy się spotykali.Wkrótce zaczął pracować w fabryce jako inżynier.Myślałem też o życiu młodej dziewczyny poznanej w knajpie i o tej, która przed obławą schroniła się do naszej dorożki.Myślałem o kelnerze, któremu można bezkarnie wymyślać, jeśli tylko ma się odpowiednią ilość gotówki do stracenia.Myślałem o tych tak zwanych lepszych knajpach, w których niektórzy tracą w ciągu dnia więcej pieniędzy, niż inni mają na utrzymanie całej rodziny w ciągu miesiąca.Na dzielnicy chłopaki też piją wódkę.Piją w mieszkaniach, na klatkach schodowych, w bramie, za parkanem, a wieczorem to i na ulicy.Piją także, ale to już rzadziej, bo to drożej kosztuje, w knajpach, "mordowniach" na dzielnicy.Gdy chcą wypić, składa się kilku po złotówce lub po pięćdziesiąt groszy.A taniec - to latem "deptak" w Parku Sieleckim, a zimą sala Towarzystwa Przyjaciół Czerniakowa - za jeden złoty od osoby.Tego dnia poznałem nowy kawałek życia, znany mi dotychczas tylko z opowiadań.Możemy się zapoznać- Chcesz jechać w miasto na zabawę? - zapytał Władek.- Mam zaproszenie, dostałem od pułkownikowej, u której malowałem willę, do Resursy.- A kto jeszcze idzie? - zapytałem.- Bronek i Edek.- Dobrze, idę - odpowiedziałem.- Wejście kosztuje drogo, ale wejdziemy na gapę.Damy sobie radę.Przecież to nie Czerniaków, tam nie będą tak bardzo pilnować - dokończył Władek.- Niech każdy zabierze w kieszeń ćwiartuchnę - poradziłem chłopakom - bo tam na pewno drogo kosztuje.Za dużo nie można brać, bo porządek musi być.Idziemy w kapeluszach - nie będzie poruty.Każdy poszedł do siebie przebrać się i wieczorem pojechaliśmy na frajerską - jak to my nazywaliśmy - zabawę.Na głowach mieliśmy kapelusze, które zakładało się tylko na wyskok do miasta.Gdy ktoś przez zapomnienie stanął na rogu z chłopakami w kapeluszu - dostawał taką naukę, że więcej tego nie robił.- Ty, patrz, wariat w kapeluszu! - wołali śmiejąc się.Ktoś strącił kapelusz z głowy, inny kopnął, ktoś inny poderwał i wsadził drugiemu siłą na głowę.Gdy wreszcie właścicielowi udało się go odebrać, musiał długo czyścić i fasonować, zanim znów zdatny był do użytku.Tam, na dzielnicy, obowiązywały kraciaste czapki i czerwone apaszki.Czym jaskrawsza krata i czerwieńsza apaszka - tym większy przystojniak.Więc w kapeluszach i krawatach pojechaliśmy na "grzeczną" zabawę.Okrycia oddaliśmy do szatni i kręciliśmy się, żeby zorientować się w możliwości wejścia bez biletu.Na szerokich schodach stali ci, co kontrolowali bilety.Stojąc w hallu obserwowaliśmy wchodzących gości.Panie w pięknych sukniach balowych, panowie w smokingach, niektórzy we frakach, ale byli również tacy w zwykłych wizytowych garniturach.Obser­wując ludzi zauważyłem, że z małych bocznych drzwi wyszedł wodzirej, którego poznać można było po pęku kolorowych wstążek przypiętych do ramienia - i szerokimi schodami poszedł na górę, a po pięciu minutach znów wyszedł tymi samymi drzwiami na dole.- Chłopaki, tu musi być przejście na salę - powiedziałem, wskazując drzwi, z których wychodził wodzirej.- Idziemy.W pokoju, do którego weszliśmy, siedziało przy stole czterech mężczyzn.Ukłoniliśmy się grzecznie i bez żadnej tremy, z uśmiechem, o nic nie pytani, wyszliśmy drugimi drzwiami i wąską klatką schodową dostaliśmy się do kuchni i bufetu, a stąd już na salę.Zabawa na cały regulator.- Wszystkie pary tańczą! - woła wodzirej.Władek i Edek już tańczą - mrugają do nas i dają do zrozumienia, że partnerki słabo tańczą.Rozglądam się, czy nie da się "kupić" dla siebie partnerki.Patrzę - pod.ścianą siedzi starsza para, a przy nich młoda, może siedemnastoletnia panienka w niebieskiej balowej sukni.Poprosiłem do tańca.Panienka spojrzała w bok i zapytała:- Mamusiu, można?Mamusia zmierzyła mnie od góry do dołu - i kiwnęła głową, że można.Po skończonym tańcu odprowadziłem panienkę do mamusi.Ponieważ tańczy­ła dobrze, więc nie szukałem już innej partnerki.Po pewnym czasie, w tańcu, panna Irenka - bo takie imię miała moja dama - w imieniu rodziców zaprosiła mnie do bufetu na kolację.Pierwszy raz byłem na takiej "arystokratycznej" zabawie, więc nie wiedziałem, jak należy się zachować.Czy wypada przyjąć zaproszenie, czy też w dobrym tonie będzie, jeśli odmówię.Gdy po jakimś tańcu znów oddałem Irenkę mamusi - teraz już zaprosili mnie rodzice.Zaproszenie przyjąłem, lecz poszedłem zapytać chłopaków, co oni o tym myślą.- Idź, frajerze, nie namyślaj się! Co ci szkodzi zjeść i wypić za darmo - radzili koledzy.- A powiedz jeszcze, że jesteś z kolegami, to może i nas zaproszą.Przy stolikach rozsiadła się cała rodzinka - rodzice, Irenka i dwóch starszych braci, każdy z narzeczoną.Toczyła się rozmowa i tylko pilnowa­łem się, żeby nie wyrazić się "zagranicznym" słowem.Odstawiałem "sztyfcika" i szło mi to zupełnie dobrze.Tatuś pochwalił się, że jest jakimś kierownikiem w banku, że synowie studiują na Politechnice, że Irenka wkrótce zrobi maturę i pójdzie na medycynę.- A co pan robi? - zapytał tatuś.- Uczę się, u Wawelberga.- W jakim kierunku?- Radiotechnika - odpowiedziałem, bo faktycznie w tym czasie uczyłem się tam, ale były to Państwowe Kursy Radiotechniczne, dwuletnia szkoła wieczorowa z wyższym poziomem nauczania, mieszcząca się na terenie szkoły Wawelberga.Połapałem się, że rodzinka przeprowadza egzamin, czy facet nadaje się do towarzystwa dla córeczki.Podobała mi się ta zabawa w ciuciubabkę z nimi i dalej grałem rolę skromnego, grzecznego i kulturalnego chłopca.Egzamin widocznie wypadł dobrze, bo gdy spotkałem się z Irenka w następną niedzielę, by doręczyć jej fotografie, które zrobiono nam na balu, na moje pytanie, jak spędzimy wieczór - odpowiedziała:- Pójdziemy do mnie do domu.- A czy to wypada? - zapytałem.- Przecież tak krótko się znamy.- Niech się pan niczego nie obawia.Do nas w każdą niedzielę schodzi się dużo młodzieży, koledzy braci, moje koleżanki.Śpiewamy, tańczymy - bo mamy pianino i radio, patefon.Powiedziałam w domu, że pana przypro­wadzę.Poszedłem.Pomyślałem sobie tylko, że znów muszę odstawiać "sztyfcika" - a to trochę męczy, bo wciąż trzeba uważać na to, co się mówi i robi."O-la-la, a to wpadłem w «ciekawe» towarzystwo" - pomyślałem, gdy znaleźliśmy się już w mieszkaniu, które urządzone było komfortowo: pięć pokoi z kuchnią, wszystkie ładnie umeblowane."Trzymaj się sztywno, nie zblamuj się - ostrzegałem w myśli sam siebie - to nie róg ulicy Tatrzańskiej i nie knajpa u Bandyty na Wójtówce, gdzie można sobie pozwolić na wszystko i nikt się niczemu nie dziwi".Na szczęście, przewidując, że trzeba będzie z Irenka wstąpić do kina czy do kawiarni, ubrałem się, jak to się u nas mówiło, "po frajersku - miastowo", to znaczy białe wełniane rękawiczki, pilśniak na głowie, krawat i biały szalik.Irenka poznała mnie z całym towarzystwem.Prezentacja przebiegła gładko [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • funlifepok.htw.pl
  •